Początek listopada – Mistrzostwa Świata Spartan Trifecta były moim głównym celem w sezonie 2023. Formuła Trifecta składa się z trzech biegów, a ostateczna klasyfikacja opiera się na sumie czasów z tych trzech startów. Pierwszy start w piątek – Sprint na dystansie 8 km. Kolejnego dnia, w sobotę, dystans Super, czyli 12 km. Finałowy najdłuższy dystans w niedzielę – Beast, 25 km i 1000 m przewyższenia. Finalnie Mistrzostwa Świata skończyłem na 8 pozycji. Dużo się działo!
Mistrzostwa Świata w Trifecta odbywają się w historycznej Sparcie. Aby tam dotrzeć, konieczny jest wylot z Polski do Aten, a następnie przejazd samochodem ponad 200 km do Sparty. Planując wyjazd, warto przewidzieć czas na zwiedzanie Akropolu ateńskiego oraz stolicy Grecji.
Do Sparty dotarliśmy na dwa dni przed startem. W nie ma dużych gór, a jak już są, to w oddali i trasa zawodów tamtędy nie prowadzi. Po analizie, trasy wszystkich 3 dystansów okazują się stosunkowo szybkie, z niewielkimi podbiegami. Jednak warto zachować czujność – często prowadzą one przez wąskie ścieżki, gdzie czai się mnóstwo niewidocznych kamieni.
Nie byłem pewien, czego dokładnie spodziewać się po trasach, dlatego zdecydowałem się zabrać dwa modele butów: Hoka Tecton – szybkie buty startowe, idealne na technicznie łatwe trasy, oraz VJ XTRM 2 – lekkie buty startowe z agresywnym bieżnikiem, przeznaczone na błotniste ścieżki. Ostatecznie było sucho, co sprawiło, że w każdym z trzech startów postawiłem na Tectony – był to optymalny wybór, gdyż było dużo odcinków szutrowych na prędkościach poniżej 4:00 min/km.
Piątek – SPRINT 8 km
Pierwszy start przynosił ze sobą niepewność i wysokie oczekiwania. Wśród uczestników elity skupienie – wszyscy przygotowywali się do Mistrzostw, każdy będzie prezentował dobrą formę.
Z racji krótkiego dystansu 8 km, kluczowe było przeprowadzenie solidnej rozgrzewki, wzbogaconej o kilka intensywnych przyspieszeń, aby móc osiągnąć maksymalne tempo już od pierwszych metrów na tak krótkim dystansie
Na linii startu kilku faworytów : Atkins, Hynek, Basilico, Schadegg, Pescollderungg, Hrdina. Natomiast moje nastawienie nie koncentrowało się na Sprintcie; moim celem było solidne przepalenie się przed dłuższymi dystansami Super i Beast. Priorytetem na Sprint było utrzymanie stałego, mocnego tempa.

Start był bardzo szybki i chaotyczny, spora grupa zawodników trzymającą się razem przez pierwsze kilkaset metrów. Już na pierwszym łagodnym zbiegu tempo osiągnęło 2:50 min/km. Przeszkody, mimo że niezbyt skomplikowane, wymagały pokonania na sporym zakwaszeniu, ale nie można było przesadzić ze względu na 3 długie przeszkody siłowe w połowie trasy. Przez pierwsze trzy kilometry utrzymywałem się w okolicach 5-6 miejsca, ale różnice między zawodnikami były minimalne. W połowie dystansu różnica czasu między pierwszym a dwudziestym miejscem wynosiła zaledwie kilkadziesiąt sekund. Kluczowe momenty miały miejsce na długich zasiekach, gdzie około 200 metrów czołgania zajęło mi dobre dwie minuty. Niestety, przyjąłem niewłaściwą technikę – zamiast czołgania, efektywniejsze okazało się rolowanie. Straciłem przez to cenne 30 sekund i do miasteczka na finałowe przeszkody wbiegłem zamykając pierwszą dziesiątkę.
Następnie popełniłem błąd na charakterystycznej dla Spartana przeszkodzie – rzut włócznią. Niestety pudło. W konsekwencji musiałem odbyć długą rundę karną o długości około 300 metrów z łańcuchem, tracąc przez to ok. 1:30 min. Pozostałe przeszkody weszły gładko, jednak zakończenie Sprinta na 13 pozycji z ponad 3 minutami straty do zwycięzcy było dalekie od moich oczekiwań, a cały bieg trwał tylko 38 minut.
Sobota – SUPER 12 km
Z perspektywy czasu myślę, że był to mój najlepszy dzień podczas tych Mistrzostw. Super – dystans dłuższy niż Sprint – więcej przeszkód i bardziej wymagający teren. Start ponownie był bardzo mocny, jednak ja postanowiłem biec bardziej zachowawczo, utrzymując się w okolicach 10. miejsca. Na jednej z przeszkód siłowych, polegającej na biegu z łańcuchem na około 500 metrach, udało mi się zyskać sporo przewagi i zbliżyć do czołówki.
Około 4-5. kilometra dogoniłem grupę zawodników walczących o trzecie miejsce. Na czele, z minutą przewagi, biegli Włoch Basilico oraz Amerykanin Schadegg. My, przez kilka kolejnych kilometrów, utrzymywaliśmy bardzo wyrównane tempo, widząc w oddali czołówkę. Czułem się w tym momencie wyjątkowo dobrze i z pewnością należałem do jednych z mocniejszych zawodników tego dnia.
Niestety, na odcinku między 8 a 9 kilometrem, tuż przed przeszkodami siłowymi, popełniłem fatalny błąd. Trasa wiodła przez około 300 metrów pod niskimi drzewami mandarynkowymi, co wymagało silnego pochylenia się. Pod jednym z drzew kryła się spora gałąź, niewidoczna zza liści. Podnosząc głowę, uderzyłem w nią, co spowodowało rozcięcie głowy. Twarz oblała mi się krwią, a przy próbie wytarcia jej koszulką zobaczyłem krwiste odbicie przypominający Całun Turyński. Pomimo wysokiego poziomu adrenaliny, poczułem się mocno oszołomiony i musiałem znacząco zwolnić, niemal do zera. Po kilku minutach wolniejszego biegu (co najgorsze z ciężarami, gdzie zazwyczaj jestem jednym z szybszych), udało mi się nieco otrząsnąć i próbowałem ratować sytuację, choć straciłem przez to kilka cennych minut.
Na moje szczęście, sędziowie nie zdecydowali się zdjąć mnie z trasy z powodu rozciętej głowy. Udało mi się również wykonać celny rzut włócznią. Ostatecznie przekroczyłem linię mety na 9 miejscu, tracąc do zwycięzcy 3 minuty, co w klasyfikacji generalnej plasowało mnie po 2 etapach na 11 miejscu i blisko 7 minut straty. Szkoda tego dnia, ponieważ czułem się wyjątkowo dobrze i widziałem realną szansę na walkę o podium na etapie.
Niedziela – BEAST 25 km
Podczas rozgrzewki odczuwałem spore zmęczenie mięśni po dwóch poprzednich dniach. Konieczne było przełamanie tego dyskomfortu i wykonanie kilku przyspieszeń, aby się pobudzić. Ostatni start Beast – 25 km i ok. 1000 m przewyższenia.
Formuła startu w finalnym dniu Trifecty jest inna niż wszystkie. W kategorii Elite podczas Beast nie stosuje się startu grupowego. Jako pierwszy na trasę wyrusza aktualny lider klasyfikacji generalnej, a za nim, w odstępach czasowych odpowiadających stratom z poprzednich etapów, kolejni zawodnicy. Innymi słowy, jeśli po dwóch etapach traci się do lidera minutę, w trzecim dniu startuje się minutę po nim. Ma to na celu to, że pozycja z jaką przybiegniesz na metę, to jest to Twój wynik w klasyfikacji Trifecty po trzech etapach. Dodatkowo, prowadzona jest osobna klasyfikacja samego dystansu Beast.
Startowałem z 11 pozycji, tracąc około minuty do TOP 10. Do podium brakowało mi około sześciu minut, a do TOP 5 – około pięciu. Moim minimalnym celem było znalezienie się w pierwszej dziesiątce mistrzostw.
Biorąc pod uwagę długość dystansu, czyli ponad 2h w przypadku elity, zacząłem mocnym tempem ale na granicy komfortu . Nie było pewne, kto z zawodników przede mną przesadził z tempem w poprzednich dniach, więc sytuacja na trasie mogła ulec znacznym zmianom. Mimo to, wielu zawodników bardzo mocno zaczęła. Dopiero po godzinie udało mi się dogonić zawodników na 9 i 10 pozycji. Kilka kilometrów później wyprzedziłem zawodnika na 8 miejscu, budując od razu przewagę. Oznaczało to, że wirtualnie, na około 10 kilometrów przed metą, zajmowałem 8 pozycję w klasyfikacji generalnej.
Część przeszkód się powtarzała z poprzednich dni. Techniczne przeszkody są dla elity proste, a z tych „trudniejszych” był ponownie slackline i dodatkowo równoważnia – na szczęście poszło gładko bez rund karnych. Ciekawostką było, że na trasie pojawił się dodatkowy rzut włócznią w drugiej połowie dystansu, co oznaczało, że łącznie włócznia była X 2. W tym miejscu dogoniłem zawodnika z Białorusi, który zajmował siódmą pozycję i łatwo wypracowałem nad nim przewagę – nie trafił on włócznią i stracił około 30 sekund na krótkiej rundzie karnej.
Następnie na trasie był był fizycznie wymagający odcinek z sandbagiem – potem zmiana na łańcuch i ponownie powrót z sandbagiem. Całość prowadziła ponad kilometr w górę i w dół. Zrobiłem to w mocnym tempie – 4 czas na segmencie na Stravie. Zwiększyłem dzięki temu przewagę do niecałej minuty.

Chociaż 7 miejsce wydawało się już względnie bezpieczne, to nie widziałem przed sobą kolejnych zawodników, a kilometrów do mety nie zostało wiele. Niestety na końcowych kilometrach poczułem osłabienie i spowolnienie tempa. Zaskoczyło mnie, gdy zawodnik z Białorusi (Ihar Harbunou) zdołał z siebie jeszcze wykrzesać siły i mnie dogonił. Na końcowych kilometrach okazał się być o 40 sekund szybszy, co zapewniło mu 7 pozycję w klasyfikacji generalnej. W związku z tym, pozostaje mi zadowolić się 8 miejscem.
Natomiast biorąc pod uwagę tylko ostatni start Beast – wykręciłem 5 czas. To całkiem dobry wynik w mocnej obsadzie, który może być pozytywnym sygnałem na przyszłość.
Podsumowanie Mistrzostw
Jadąc na moje pierwsze Mistrzostwa Świata, byłem w bardzo dobrej formie. Czasy osiągane na treningach i wyniki z ostatnich zawodów napawały optymizmem. Realistycznie zakładałem, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, bez większych wpadek, to mam szansę na walkę o podium. Ostatecznie jednak, do podium zabrakło ponad 4 minut przy łącznym czasie trzech startów – 3 godziny i 48 minut. Do zwycięzcy sporo – 13 minut.
Z perspektywy czasu, uważam, że realne było ukończenie mistrzostw w TOP 5, a przy dużej odrobinie szczęścia – podium. Udało mi się osiągnąć cel minimalny – ósme miejsce, czyli TOP 10. Pełne wyniki.
Ostatni dystans Beast pobiegłem dobrze. Najwięcej czasu straciłem, niestety, na drugim etapie z powodu rozciętej głowy – a czułem się tego dnia najlepiej. Natomiast pierwszy start na Sprincie można było pobiec minutę szybciej, nie popełniając kilku błędów. Zdecydowanym plusem było to, że na przeszkodach „losowych” takich jak równoważnia, slackline czy włócznia, poszło dobrze – ostatecznie miałem tylko jedną rundę karną na trzy starty.
Doświadczenie zdobyte, cel na kolejne Mistrzostwa – medal 😉



